# 155
Zmienia się pogoda, Wrocław się zmienia. Codzienna, monotematyczna trasa podróży do i z pracy powoduje, że zupełnie nie wiem jak to miasto wygląda gdzie indziej, nie nadążam za tymi wszystkimi remontami, a o nowych budowach dowiaduję się z zapytań ofertowych, które z racji branży, tej a nie innej, napływają do firmy.
Żuż, cwany wygrywacz, zgarnął w radiu bilety na koncert inaugurujący obchody 25-lecia Rury (starej rury), więc po moich niedzielnych wykładach popędziliśmy do WTT. Warto było chociażby dla Kiliańskiego śpiewającego Sinatrę i Nat King Cole'a, o innych starych wymiataczach nie wspominając. Nie uważam się co prawda za jakąś specjalistkę i znawczynię jazzu, ale jeśli chodzi o eksperymenty muzycze w tym temacie, to jestem zdecydowanie konserwatywnym moherowym beretem, mówiącym zdecydowane NIE panom, którzy przez pół godziny bez przerwy próbują stworzyć symfonie w pojedynkę, wspomagając się pudełkami wydającymi różne dziwne a'la perkusja dźwięki, i robiąc z gitary organy. Także zdecydowanie Pani Łobaszewska, głos przez wielkie G, klasa sama w sobie. A pan z pudełkami raczej kicz przez wielkie K. Niezrozumiały dla mnie pozostaje multiorgazm publiki, ale może to wynika, z tego co powyżej napisałam, że znawczyni ze mnie żadna.
Po wykładach sobotnich z kolei zgodnie z naprzemiennym systemem oglądania filmów, poszliśmy do heliosatermosa obejrzeć Wiernego Ogrodnika, mam nadzieję, że nikt nie ma wątpliwości, że to był czas na film z górnej półki, z tej naj...górniejszej, ze wspaniałą muzyką, z niesamowicie zagraną przez Rachel "nieodczytywalne nazwisko" Weisz rolą Tess, z po raz kolejny - co nie znaczy, że nudny - cierpiącym, wzbudzającym współczucie i wyciskającym łzy Ralphem Fiennes, dostojnym, jak zawsze doskonałym.
Ponieważ widzimy się teraz dwa razy w tygodniu, to nie mogę nawet napisać nic o seksie, więc na tym skończę, bo seks to teraz jakaś abstrakcja dla mnie. Biedni my, ale jak chcemy być uczeni w piśmie i w mowie, to coś trzeba poświęcić. Taki lajf.
Śpiewam sobie z Laurą razem Come se non fosse stato mai amore, cokolwiek to znaczy, ale włoski ma to do siebie, że nawet przekleństwa brzmią bardzo patetycznie, a Laura tu coś o miłości, prawie jak soundtrack z Milagros, nie mniej jednak - ładnie, wyję razem z nią, wycieram kurze, założyłam sobie nawet chustkę na łeb i latam ze ścierką jak prawdziwa Milagros. Na przemian z Here comes the hotstepper. Szalony mix na środowy wieczór. Pozostaje już chyba tylko masturbacja, jak skończę porządki, bo co tu robić.

1 komentarz:
Comme se non .... amoreeee la la - Laurka zawsze radę da
zmiany tu takie, szata w kolorze "grin", się podoba..
best regards
dwarf
Prześlij komentarz